Bezpieczeństwo na drogach, a ograniczenia prędkości

Wpisy

  • piątek, 17 sierpnia 2012
    • Bezpieczeństwo na drogach, a ograniczenia prędkości (1)

      Od ilu dziesięcioleci, we wszystkich państwach, walczymy o bezpieczeństwo na drogach poprzez ograniczanie prędkości? Praktycznie od upowszechnienia się samochodu, od rozpoczęcia jego seryjnej produkcji. I co? Jak widać, niewiele. Na potrzeby akcji uzasadniających kolejne ograniczenia "robi się" statystyki, które mają udowadniać, że każde kolejne ograniczenie powoduje zmniejszenie ilości wypadków drogowych o ... % - i tu padają różne liczby w zależności od fantazji lub „opracowań” na zamówienie. Jeżeli rzeczywiście to by tak działało, to dlaczego nie wprowadzić od razu ograniczenia do 30 km/h? Albo co tam - żyjmy w raju bezpiecznych dróg - ograniczmy do 20 km/h (weźmiemy się w ten sposób również za pędzące rowery). Ilość wypadków spadnie niemalże do zera, a ofiary śmiertelne będą na prawdę rzadkością. Można będzie też zlikwidować chodniki, bo prędkości samochodów będą niewiele większe niż maszerującego pieszego (ok. 5-13 km/h). Śmieszne? Nie dla tych, którzy tego typu rozwiązania biorą poważnie pod uwagę, ponieważ uważają, że demon prędkości, to główna przyczyna wypadków drogowych. Oni bardzo chętnie takie ograniczenia dawno by wprowadzili, tylko ostatkiem zdrowego rozsądku obawiają się autentycznego paraliżu miast i generalnie zniszczenia transportu samochodowego.

      Ja na ten temat mam inne zdanie i uważam, że rzeczywista poprawa bezpieczeństwa na drogach jest zadaniem bardziej skomplikowanym. Jeżeli naprawdę zależy nam na bezpiecznych drogach, to weźmy się za problem właściwie (albo właściwie ustalmy problemy).
      Duża prędkość powoduje większe skutki wypadku, to fakt wynikający z praw fizyki. Jednak nie powinno nam zależeć tylko na zmniejszaniu skutków, ale przede wszystkim na niedopuszczeniu do sytuacji niebezpiecznych czyli do samych wypadków. Czyli prewencja, ale dużo wcześniej zastosowana niż ograniczenie prędkości. Jeżeli jakiś wariat gna z absurdalną prędkością lub jedzie szybko w niewłaściwych okolicznościach i stwarza tym autentyczne zagrożenie, to co da zrobienie mu zdjęcia? Należy go jak najszybciej zatrzymać i to nie tylko na wręczenie mandatu. Chyba, że … nie chodzi o piratów, a ograniczenie jest bzdurne i chodzi o kasę. Bo za fotoradarem lub po wypisaniu mandatu piraci wracają do swoich wyczynów, a normalni kierowcy wracają do swoich normalnych prędkości, tylko bardziej wypatrują „łapanki”.
      Nie wieżę, że tylko ja to wiem, że tylko ja to widzę. Wiedzą o tym wszyscy, ale niestety, rozwiązanie tej sytuacji jest bardziej skomplikowane, mniej populistyczne i nie tak medialne jak pojęcie nadmiernej prędkości - prostego wytrycha do rozwiązania wszystkich problemów. No i na pewno nie przysporzy budżetom gmin takich pieniędzy, jak mandaty za przekraczanie ograniczeń prędkości. To już nie jest dowcip - niektóre samorządy osiągają takie dochody z tego tytułu, że są przerażone, gdyby nagle kierowcy rzeczywiście zwolnili. Powstała w ten sposób dziura budżetowa była by bardzo bolesna.

      Moim zdaniem problem bezpieczeństwa na drogach polega na zrozumieniu i rozwiązaniu kilku bardzo ważnych i skomplikowanych kwestii.

      Pierwsza - WSZYSCY jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo na drogach i to przede wszystkim za swoje.
      Druga - przestańmy traktować prawo jazdy jak dowód osobisty, który musi mieć każdy obywatel.
      Trzecia - infrastruktura drogowa nie do przecenienia dla poprawy bezpieczeństwa.

      Wszystkie te zagadnienia są równoważne i nie powinno traktować się ich odrębnie.

      Zacznijmy od początku.
      Nigdy na drogach, jezdniach, ulicach nie będzie bezpiecznie, gdy tylko jedna grupa użytkowników będzie odpowiedzialna za zachowanie na nich bezpieczeństwa. W tej chwili tendencja w komentarzach, dyskusjach i w tworzeniu prawa jest taka, że to tylko kierowcy samochodów mają widzieć, myśleć, przewidywać za oraz uważać na wszystkich; pieszych, rowerzystów, a nawet motocyklistów. Im wszystkim wmawia się (uczy się ich), że praktycznie mogą robić wszystko co im się podoba, a kierowcy samochodów MUSZĄ na nich uważać, bo za wszystko odpowiadają. Wytrychem do tego stwierdzenia jest ograniczenie prędkości. Nie ważne czy ktoś wtargnął na jezdnię, czy porusza się na tzw. trzeciego - po linii przerywanej, czy porusza się w sposób nieprzewidywalny pomiędzy samochodami i jest w dodatku mało widoczny, czy po prostu wymusza pierwszeństwo - jak dojdzie do wypadku nic nie jest ważne tylko to czy samochód jechał szybciej niż pozwalają znaki. Jeżeli policja ustali przekroczenie prędkości np. o 20-30% wszyscy zostają rozgrzeszeni, a odpowiada tylko kierowca samochodu. Przyczyna wypadku - nadmierna prędkość. I tak powstaje statystyka zamazująca rzeczywiste przyczyny wypadków. Najniebezpieczniejsze jest to, że na tej podstawie ustanawia się prawo.
      Pieszy na pasach MA PIERSZEŃSTWO. Przepis wydaje się słuszny, ale … już nie jednego kosztował życie. Dlaczego? Ponieważ usiłuje, administracyjnie, zmienić prawa fizyki i zatrzymać bez względu na okoliczności, bryłę metalu będącą w ruchu, przez niczym nieosłoniętego człowieka, wpychając go na jezdnię tuż przed nadjeżdżającym taranem. Każdy rozsądny człowiek wie, że w praktyce kierowca nie jest w stanie za każdym razem i w każdych warunkach przestrzegać tej zasady. Tym bardziej, że u niektórych pieszych wyrobiła ona nawyk wchodzenia na oznakowane przejście tuż przed nadjeżdżający pojazd, bez zatrzymania, a bardzo często nawet bez spojrzenia na jezdnię. Zaczytani, zasłuchani, zamyśleni lub po prostu pewni siebie, no bo przecież mają pierwszeństwo, a to oznacza, że nadjeżdżające pojazdy ZAWSZE MUSZĄ się zatrzymać! Takie postawienie sprawy jest z gruntu kryminogenne. Ten kto choć kilka razy prowadził samochód wie, że czasami jest to niemożliwe bez względu na osiąganą prędkość. Samochód (im cięższy tym gorzej) nigdy nie zatrzyma się w miejscu nawet w doskonałych warunkach atmosferycznych. Ale nie ważne czy może, czy powinien, to teoretyczno-akademicki spór. Najważniejsze pytanie, to czy warto własnym zdrowiem lub życiem udowadniać, że ma się pierwszeństwo? A jeżeli najeżdżający kierowca zasłabnie albo nie będzie uważał, jeżeli nawet będzie pijany, to czy mamy namawiać pieszego, żeby bez względu na wszystko, przechodził przez jezdnię bo ma pierwszeństwo?
      Wychowaliśmy z żoną dwoje dzieci i tak jak nas, również i my je uczyliśmy, że ZAWSZE przechodząc przez ulicę zatrzymujemy się przy krawężniku, patrzymy w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo i jeżeli nic nie nadjeżdża dopiero wtedy możemy przejść na drugą stronę. Robimy tak nawet gdy przechodzimy po pasach. Nigdy im nawet nie wspomnieliśmy, że na przejściu dla pieszych są uprzywilejowane i mają pierwszeństwo. Taka świadomość, szczególnie u dzieci, jest po prostu niebezpieczna. Urzędniczy papier jest cierpliwy i wszystko zniesie, ale miejmy swój rozum i nie płyńmy pod prąd.  To jest właśnie podział odpowiedzialności za bezpieczeństwo na drodze. Nie tylko kierowca ma uważać i myśleć, ale również my bezpośrednio lub pośrednio jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo nasze i naszych bliskich.

      Nie twórzmy prawa i zasad, które stwarzając iluzje wygody i bezpieczeństwa, tak naprawdę narażają nas na niebezpieczeństwo. Przejścia dla pieszych oczywiście są potrzebne ponieważ ogniskują ruch pieszych w jednym miejscu i ostrzegają kierowców, że w tym miejscu na jezdni mogą pojawić się piesi. Ale to kierujący kilkutonową masą metalu decyduje czy trzeba/można zatrzymać się przed przejściem czy nie. Nieeleganckie? Ale bezpieczne! Może takie postawienie sprawy nie zaspokoi, niektórych poczucia ważności i równości, ale ZDECYDOWANIE poprawi bezpieczeństwo na ulicach, przyczyni się do zmniejszenia ilości wypadków i na pewno ochroni niejedno życie. I to powinien być nasz cel, a nie udowadnianie za wszelką cenę ważności jednych nad innymi.
      Najpierw sami zadbajmy o swoje bezpieczeństwo, a dopiero później oczekujmy tego od innych. Tym bardziej, że gdyby doszło do konfrontacji, stoimy na z góry przegranej pozycji.

      - Nie przebiegajmy, ani nie przechodźmy przez ulicę bez upewnienia się czy możemy to zrobić bezpiecznie - nawet na zielonym świetle i na przejściu dla pieszych.
      - Nie przejeżdżajmy przez ulicę rowerem z dużą prędkością nawet przez oznakowane przejście.
      - Nie jeździjmy rowerami po ulicach, które nie mają wydzielonych specjalnych pasów dla rowerów, ani wzdłuż, których jest droga przeznaczona tylko dla rowerów.
      - Jeździmy prawą stroną drogi, ale chodzimy LEWĄ - stara zasada, ale zapomniana prze wielu.
      Takie hasła podczas kampanii społecznych dla poprawy bezpieczeństwa, również powinny się pojawiać. Nie tylko „Kierowco zwolnij”, ale również „Pieszy, rowerzysto - jak sam nie zadbasz o swoje bezpieczeństwo, to inni mogą tego za Ciebie nie zrobić”.

      Gdyby nawet nie wiem jak krzyczeć, protestować, blokować … nic nie zmieni faktu, że pieszy, rowerzysta, a nawet motocyklista mają małe szanse wyjścia bez szwanku w zderzeniu z samochodem (nie wspomnę o ciężarówce). Dziesięciolecia temu rozdzielono ruch pojazdów mechanicznych od ruchu pieszego wytyczając w ramach ulic chodniki - miejsca przeznaczone tylko dla pieszych. Zrobiono to nie dla wygody samochodów, tylko dla bezpieczeństwa pieszych. I ten kierunek organizacji ruchu i ustanawiania prawa należy kontynuować. Jeżeli infrastruktura nie uwzględnia szybko zmieniającej się rzeczywistości i nie przewiduje miejsca dla rowerzystów, nie wpychajmy ich pod koła samochodów. Przecież, z punktu widzenia kierowcy, to są piesi tylko tacy żwawi, szybcy, bo na kółkach. Wytyczajmy dla nich bezpieczne miejsca do jazdy (tak jak zrobiliśmy to dawno z pieszymi), ale jeżeli nie ma takiej możliwości, pozwólmy (nakażmy) jeździć im chodnikami. Ewentualne konsekwencje wypadku na chodniku (pieszy-roweżysta) będą na pewno dużo mniejsze. I znowu - poprawi to ZDECYDOWANIE bezpieczeństwo na drogach, chociaż niektórzy poczują się dyskryminowani.

      Tak przy okazji - czy jest mi wstanie ktoś wytłumaczyć na jakich zasadach rowerzyści są dopuszczani do ruchu po jezdniach? Nie mają (bo nie musza mieć) żadnego dokumentu stwierdzającego znajomość kodeksu drogowego. Ich pojazdy nie są oznakowane w związku z tym nie jest możliwa ich identyfikacja w razie spowodowania wypadku lub przekroczenia przepisów (których przecież nie muszą znać) np. przekroczenie prędkości (30 km/h - całkiem możliwe).  W związku z powyższym nawet oznakowanie tych dwuśladów jest dobrowolne i dowolne. A wszyscy pozostali uczestnicy ruchu drogowego? Dlaczego są inaczej traktowani przez prawo? Dlaczego w tym przypadku ponoszą większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo?

      Zostawmy na razie pieszych i rowerzystów. Weźmy się, ku uciesze niektórych, za kierowców. Pomimo, że można było odnieść wrażenie, że jestem konserwatywnym kierowcą-egoistą z manią ważności, nic bardziej błędnego. Oprócz tego, że jestem kierowcą (niezawodowym) z 28-letnim stażem bez wypadku, jestem również pieszym i rowerzystą. Dlatego właśnie jestem zdecydowanym przeciwnikiem kierowców nieudaczników, którym prowadzenie samochodu sprawia wyraźne kłopoty, jak i kierowców „adrenalinowców”, którzy bez względu na porę roku, dnia i miejsce zawsze muszą jeździć powyżej 150 km/h, zawsze muszą się ścigać i nie są w stanie dostosować swoich zachowań do sytuacji na drodze.
      Jestem również zdecydowanym przeciwnikiem stosowania zasady zbiorowej odpowiedzialności. Pomiędzy 120 km/h w słoneczną letnią niedzielę na trasie Siekierkowskiej (3 pasy ruchu w jedną stronę bez skrzyżowań), a 150 km/h na jesieni, po południu w środku tygodnia, podczas mżawki na krajowej 7-ce, to zupełnie dwa inne zachowania. Jedno dla normalnego kierowcy w samochodzie średniej klasy, w dobrym stanie technicznym jest zupełnie bezpiecznym zachowaniem pod warunkiem odpowiedniej koncentracji podczas jazdy. Drugie, to tzw. jazda na krawędzi podczas, której nic nie jest instotne; samochód, umiejętności kierowcy, uwaga na drodze, liczy się tylko szczęście. Dlaczego ci pierwsi cierpią przez tych drugich? To między innymi przez tych drugich, wprowadzane są coraz bardziej absurdalne ograniczenia prędkości. Czy wiecie, że gdyby jechać zgodnie z przepisami z Warszawy do Kołobrzegu (nie autostradą), to trzeba by było po drodze przewidzieć nocleg?

      Co z tym zrobić? Jak rozwiązać kwadraturę koła? Z jednej strony bezpieczeństwo, z drugiej absurdalne ograniczenia utrudniające ruch i normalną jazdę. Autentyczni piraci drogowi bez wyobraźni i zwykli, odpowiedzialni kierowcy jeżdżący bezwypadkowo dostosowując prędkość do wielu zmiennych warunków jazdy.

      Szkolenie kierowców - to druga kwestia wpływająca na bezpieczeństwo na drogach.
      Prawo jazdy to nie dowód osobisty i NIE NALEŻY się każdemu obywatelowi.
      Cały proces szkolenia powinien przebiegać tak, aby prawo jazdy otrzymywali tylko ci, którzy rzeczywiście potrafią prowadzić samochód, motor lub skuter  -  w każdych warunkach zarówno pod względem manualnym jak i mentalnym. Od razu zastrzegam, nie chodzi mi o licencję rajdową, ale o dokument rzetelnie stwierdzający, że uprawniony kierowca zna przepisy ruchu drogowego, potrafi BEZPROBLEMOWO prowadzić odpowiedni pojazd mechaniczny oraz (co bardzo ważne) nie ma przeciwwskazań medycznych do kierowania takimi pojazdem.

      Zacznijmy tym razem od końca czyli od zdrowia. Zagadnie to, w procesie przyznawania prawa jazdy, jest zupełnie ignorowane, marginalizowane i pomijane. Nie chodzi tu tylko o wzrok, ale przede wszystkim o predyspozycje psychotechniczne i ewentualne zagrożenia spowodowane przez niektóre choroby przewlekłe.
      I tu znowu nierówności - dlaczego badania psychotechnicze są obowiązkowe dla kierowców zawodowych, a dla tzw. amatorów nie? „Amatorskie” prawo jazdy kat. B uprawnia do jeżdżenia samochodami o masie całkowitej do 3,5 tony! Czasami kierowcy zawodowi jeżdżą mniejszymi. Często „amator”-akwizytor jeździ więcej (tymi samymi drogami) niż kierowca z zawodowym prawem jazdy. To na jakiej podstawie jeden musi mieć odpowiednie predyspozycje i przechodzić odpowiednie testy, a inny nie? Gdzie jest równość wobec prawa, ale przede wszystkim gdzie jest dbałość o bezpieczeństwo? Dlaczego WSZYSTKIM, którym wydaje się „pozwolenie na broń”, tak można określić prawo do prowadzenia samochodu, motoru, a nawet skutera, nie bada się refleksu, podzielności uwagi, zdolności manualnych, tzw. kurzej ślepoty czy stanu psychiki. Za dużo wymagań? A czy akceptujecie fakt, że prawo do prowadzenia rozpędzonych 3,5 ton metalu dostaje człowiek z ADHD, z wyraźnie podwyższonym poziomem agresji lub schizofrenik? Przecież teraz nikt tego nie sprawdza - amatorom. To są wszystko tykające bomby zegarowe. Ktoś zapyta się o wolności obywatelskie tych ludzi. Ja wtedy odpowiemy pytaniem na pytanie, a co z prawem pozostałych do bezpiecznego poruszania się po drogach? To między innymi z tego typu ludzi wywodzą się prawdziwi piraci drogowi, którzy nie są w stanie prawidłowo ocenić sytuacji na drodze i dostosować do niej odpowiedniej reakcji i zachowania np. odpowiedniej prędkości. Albo z drugiej strony - człowiek z demencją starczą, z ograniczoną poczytalnością lub z różnymi lękami czy fobiami. Ci może nie przekraczają prędkości, ale czasami stanowią jeszcze większe zagrożenie na drodze.
      Oni wszyscy mają prawo do pomocy, do leczenia, do godnego życia w społeczeństwie, ale nie powinni mieć prawa do prowadzenia pojazdów mechanicznych, ponieważ w ten sposób naruszają prawo innych ludzi do bezpiecznego poruszania się po drogach czyli po prostu do życia.
      Takie szczegółowe badania psychotechniczne powinni przechodzić wszyscy i to nie raz w życiu, a na pewno po każdym wypadku w którym uczestniczą. Utopia? Nie, wszystko jest do zorganizowania i przeforsowania. Może to jest trudniejsze zadanie niż wprowadzenie kolejnego ograniczenia prędkości, ale możliwe. Dlaczego jesteśmy w stanie przymknąć oczy, przemilczeć  i pozwolić na prowadzenie samochodu przez cukrzyka (w pewnym stadium choroby grozi niespodziewana utrata świadomości), ale już przyznanie licencji pilotowi z taką chorobą jest niedopuszczalne i niemożliwe?

      Nastepna kwestia - szkolenie na kursach; teoretyczne i praktyczne. Przecież to jest udawanie i oszukiwanie samych siebie. Tak po łebkach; oby szybciej i taniej - to są główne cele zarówno instruktorów, jak i o zgrozo, kursantów. Przecież to nie jest obowiązkowa szkoła podstawowa, gdzie każą nam się uczyć. Jak nie przyswoimy wiedzy nawet z zakresu podstawówki, to najwyżej … będzie nam ciężej żyło. Na kurs prawa jazdy idziemy z własnej woli, żeby NAUCZYĆ się bezpiecznie prowadzić samochód, motor lub skuter. To kursantom przede wszystkim powinno zależeć na prawdziwej nauce i ocenie ich umiejętności. To na kursie powinniśmy sami zrozumieć albo ktoś nam to musi uświadomić, czy nadajemy się do prowadzenia pojazdu mechanicznego i czy mamy do tego predyspozycje. Na szczęście większość tych, którzy nie mają takich zdolności lub po prostu czują się niekomfortowo za kierownicą wśród ruchu ulicznego, zdaje sobie z tego sprawę i w ogóle nie podchodzi do kursu. Niestety, nie wszyscy są rozsądni. Niektórzy dla własnej wygody, z własnego egoizmu lub po prostu nie zdając sobie z tego sprawy, na siłę próbują zdać egzamin. Dwu, trzykrotne podejście do egzaminu można jeszcze uznać za zrozumiałe. Mniej zdolni muszą uczyć się więcej i dłużej. Ale jeżeli ktoś oblał 10 raz, moim zdaniem powinno mu się zabronić ponownych prób jeżeli nie na zawsze, to przynajmniej przez kilka lat. Przecież nie każdy umie malować, śpiewać, nie każdy potrafi gotować. To nie wstyd, że na skrzyżowaniach gubimy się, że operowanie sprzęgłem, gazem, hamulcem i jednocześnie skrzynią biegów jest nie do opanowania. A do tego wszystkiego trzeba uważać na znaki, ruch wokoło samochodu, pieszych no i inne samochody. Są ludzie, którzy nie mogą sobie z tym poradzić i to wcale nie stanowi o ich mniejszej wartości. Tylko powinni mieć cywilną odwagę się do tego przyznać. Bo jeżeli nie umiesz śpiewać, ale mimo wszystko chcesz zostać piosenkarzem, proszę bardzo, nikomu tym krzywdy nie wyrządzisz. Ale jeżeli nie mając odpowiednich umiejętności, przez przypadek (lub za łapówkę) zdasz egzamin i dostaniesz prawo jazdy, może to się skończyć źle dla ciebie, a co gorsza dla innych bogu ducha winnych, uczestników ruchu.

      Dlatego właśnie szkolenie teoretyczne i praktyczne powinno być … praktyczne.
      Kodeksu drogowego powinniśmy się uczyć całego, ale egzaminy powinny dotyczyć przepisów najistotniejszych z punktu widzenia bezpośredniego bezpieczeństwa. Nie powinny zawierać nieistotnych pytań z dwuznacznymi odpowiedziami typu; „Co należy sprawdzić w samochodzie przed dłuższą trasą?”, tylko istotne np. „Co należy zrobić na miejscu wypadku z udziałem ludzi?” albo fundamentalne „Jaka jest kolejność przejazdu przez to skrzyżowanie?” To, że ktoś nie będzie znał definicji pojazdu specjalnego, nie będzie wiedział ile metrów od słupka oznaczającego przystanek nie można się zatrzymać lub nawet nie będzie wiedział jaka jest dopuszczalna prędkość na jezdni dwupasmowej w obszarze miejscowości, dla samochodu osobowego z przyczepą, nic niebezpiecznego się nie stanie. Pierwsze - nigdy mu się nie przyda, drugie - najwyżej zapłaci mandat, a trzecie - jeżeli kiedykolwiek będzie dopinał przyczepę do swojego samochodu, przed ruszeniem w trasę będzie mógł sprawdzić w kodeksie. Ale jeżeli przyszły kierowca będzie zastanawiał się dłużej niż 5 sek. nad rozwiązaniem „krzyżówki”, to może oznaczać kłopoty w przyszłości  - oby tylko niewielkie.
      Rozumiem, że na teście muszą być pytania z różnych dziedzin i o różnym znaczeniu, ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Jeżeli już musimy zadać tak mało istotne pytanie …
      „Jak należy postępować w przypadku stwierdzenia krwawienia z przedramienia przytomnej ofiary wypadku?
      a) założyć opatrunek jałowy - jeżeli go posiadamy?
      b) ucisnąć miejsce krwawienia i unieść przedramię do góry?
      c) jeżeli opatrunek przesiąkł krwią, zmienić na czysty?
      … i uznajemy, że odpowiedź C jest błędna, to nie możemy tego ”błędu” traktować równoważnie z pomyleniem kolejności przejazdu przez skrzyżowanie. Doprowadzamy w ten sposób, do takich absurdalnych sytuacji, że osoba mająca tego typu trzy „błędy” zostaje zdyskwalifikowana, a lekarz, który nie potrafił „przejechać” 2 razy bezpiecznie przez skrzyżowanie, zostaje dopuszczony do egzaminu praktycznego i być może niedługo będzie jeździł po ulicach.
      Jakie rozwiązanie? Najlepiej zrezygnować z pytań małoważnych z kontrowersyjnymi lub z dwuznacznymi odpowiedziami. Zostawmy tylko pytania fundamentalne redukując ich ilość w testach o 50%, ograniczając jednocześnie ilość możliwych do popełnienia błędów do 0 (słownie zera). Za duży szok? To może inaczej. Wartościujmy pytania. Pomocnicze; 1 błąd = 0,5 pkt. karnego, ważne; 1 błąd = 1 pkt. karny, fundamentalne; 1 błąd = dyskwalifikacja. Maksymalna ilość punktów karnych zaliczająca test = 5.    
      Błędna odpowiedź na pytania mniej istotne powinna być traktowana ulgowo, na ważne - z powagą, ale na fundamentalne jak „krzyżówka” lub znaczenie znaku „STOP” - z cała surowością. W ten sposób dopuszczalna ilość błędów na teście będzie większa niż teraz, co pozwoli zmniejszyć stres egzaminacyjny, ale jednocześnie bezwzględnie będą odrzucane osoby, które nie mają podstawowej wiedzy, aby bezpiecznie poruszać się na jezdniach. Znowu - „dyskryminacja” niektórych? Z pewnego punktu widzenia, tak. Ale autentyczne zwiększenie bezpieczeństwa na drogach, też tak. Które „tak” jest ważniejsze?

      CD w następnym wpisie.

      Rafał.1111

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bezpieczeństwo na drogach, a ograniczenia prędkości (1)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rafal.1111
      Czas publikacji:
      piątek, 17 sierpnia 2012 18:19
    • Bezpieczeństwo na drogach, a ograniczenia prędkości (2)

      Ciąg dalszy.

      W zakresie kursów praktycznej nauki jazdy, problemy wyglądają podobnie. Tzw. KUPA bzdurnych nawyków, zasad i przyzwyczajeń, a kursant po wszystkim wyjeżdża na ulicę zielony i przerażony, ale co ważniejsze, niedoszkolony i nieświadomy zagrożeń oraz niebezpieczeństw. Często słyszy się w tym miejscu opinie, że kurs jest do nauki podstawowych umiejętności prowadzenia samochodu, a wiedzę zaawansowaną kierowca przyswaja już we własnym zakresie i, trzeba tu podkreślić, na własne ryzyko. Ale nigdy nie słyszałem żeby wydane prawo jazdy było „podstawowe” i za jakiś czas zmieniało swój statut na „zaawansowane”. Już następnego dnia po otrzymaniu prawa jazdy, kierowca może jechać samochodem terenowym po ruchliwych ulicach metropolii, autostradą lub kameralnymi uliczkami osiedla mieszkaniowego. Mamy zaaprobować fakt, że w jakimś aspekcie prowadzenia samochodu jest niepewny, niedoszkolony, niesprawdzony? Skończył kurs i jak ma pogłębiać dalej swoją wiedzę teoretyczną i praktyczną? Na ulicach, w normalnym ruchu ma trenować i poznawać niuanse zachowania samochodu w różnych sytuacjach drogowych? Ze znajomymi (często takimi sami amatorami jak on) ma wyjaśniać wątpliwości? Podobny problem z podobną odpowiedzią - kto ma uświadamiać młodzież w zakresie zachowań seksualnych? Przygotowani do tego i doświadczeni; szkoła i rodzice, czy koleżanki i koledzy z podwórka? Wiemy czym się to kończy jeżeli młody człowiek ma do wyboru tylko ten ostatni wariant.
      Moim zdaniem praktyczna nauka jazdy powinna odbywać się w trzech etapach.
      Pierwszy - nauka prowadzenia, opanowania samochodu. Na wydzielonym placu manewrowym „świerzy” kursant powinien nauczyć się (bez stresu) płynnego ruszania, hamowania, zakręcania z redukcją biegów, cofania  … czyli opanowania podstawowych czynności pozwalających w sposób płynny i pewny prowadzić samochód. Żeby ruszanie (wysprzęglanie), zmiana biegów, operowanie kierownicą i inne proste manewry samochodem nie stanowiły dla niego problemu. Po tym etapie szkolenia prowadzenie samochodu, proste parkowanie czy ruszanie pod górę, nie może sprawiać problemów.
      Drugi etap - nauka prowadzenia samochodu w normalnym ruchu drogowym.
      Kursant, dla którego prowadzenie samochodu już nie stanowi problemu, zaczyna się oswajać z ruchem ulicznym, z innymi uczestnikami ruchu. Teraz może się skoncentrować na obserwowaniu jezdni, bezpośredniego poboczna, znaków drogowych. Może zacząć oswajać się z lusterkami wstecznymi i widokiem w nich. Wreszcie może uczyć się prawidłowej zmiany pasa ruchu, wyprzedzania, omijania … i bardzo wielu istotnych umiejętności, którym nie mógł by poświęcić tyle uwagi, gdyby prosta jazda samochodem sprawiała mu kłopoty. Poza tym, co bardzo ważne na tym etapie, instruktor może zacząć UCZYĆ adepta prawidłowych zachowań, reakcji, może komentować niebezpieczne sytuacje czyli może skoncentrować się na właściwym przygotowaniu kierowcy do poruszania się po drogach, a nie na pomaganiu mu w ruszeniu, przypominaniu o sprzęgle czy innych podstawowych czynnościach manualnych. Pod koniec tego etapu, powinien również obowiązkowo jeździć z kursantem po drogach na których ograniczenia prędkości są większe, a nawet w miarę możliwości powinien wyjeżdżać na autostradę. Oswajanie z większymi prędkościami, chociażby tymi dozwolonymi, to też powinien być obowiązkowy element szkolenia. No bo jak nauczyć człowieka (młodego) bezpiecznej, uważnej, odpowiedzialnej jazdy, gdy podczas kilku godzin kursu każe mu się jeździć z przepisową (bzdurnie niską) prędkością, a często wolniej niż pozwalają na to przepisy i warunki na drodze. Jak instruktor ma zwrócić mu uwagę na niebezpieczeństwa szybszej jazdy, gdy nigdy do takiej sytuacji nie dochodzi. Kiedy nauczyć kursanta jak ma ocenić sytuację na drodze, kiedy ma zwolnić, na co uważać, gdy przez cały czas jeździ 30-50 km/h. Przecież wiadomo, że jak po egzaminie zdejmą mu ten „kaganiec”, to natychmiast będzie chciał „normalnie” się przejechać. Ale obok już nie będzie doświadczonego doradcy. I co? Lepiej udawać, że takich dylematów nie ma, czy rzetelnie wyszkolić kierowcę.
      Zwróćcie uwagę, że przy obniżonym poziomie stresu, jaki niewątpliwie wystąpi u człowieka już oswojonego z prowadzeniem samochodu (pierwszy etap), przyswajanie NAJWAŻNIEJSZEJ DLA KIEROWCY WIEDZY jest łatwiejsze, pełniejsze i szybsze. Moim zdaniem, to jest najważniejszy dla ogólnie pojętego bezpieczeństwa na drogach, etap w szkoleniu kierowców - praktyczna we wszystkich aspekstach, nauka jazdy.
      Bardzo istotnym zadaniem instruktora, na tym etapie szkolenia, powinna być ogólna ocena kursanta. Spędzając z nim wiele godzin podczas nauki jazdy, ma prawo i powinien być przygotowany do oceny jego predyspozycji do prowadzenia pojazdu. To na nim również powinien spoczywać trudny obowiązek przekonania kursanta, że nie powinien ubiegać się o prawo jazdy, jeżeli widzi, że ten zupełnie nie daje sobie rady. W sytuacjach ekstremalnych np. przy zauważalnie zbyt dużym poziomie agresji czy nerwowości, zbyt małej podzielności uwagi albo za wolnym czasie reakcji i podejmowania decyzji, powinien mieć narzędzia umożliwiające mu zgłoszenie tego faktu odpowiednim organom do ponownego rozpatrzenia wydanych zaświadczeń lekarskich albo nawet do przeprowadzenia badań wcześniej nie zrobionych. Nie chodzi o wprowadzanie zasad państwa policyjnego, tylko o przypadki ewidentne, które na tym etapie można „bezkosztowo” wyłapać. Potem, gdy delikwent ma już prawo jazdy, uzmysłowienie jemu i innym odpowiedzialnym organom, że nie nadaje się do prowadzenia samochodu, może być dużo bardziej kosztowne, szczególnie w jednostkach nieprzeliczalnych na pieniądze.
      Trzeci etap - sytuacje specjalne.
      Na dzień dzisiejszy, o ile wiem, w ogóle nie ma tego typu szkoleń na podstawowych kursach prawa jazdy. BŁĄD! Wielu kierowców jeżdżących bezpiecznie i uważnie nigdy w życiu nie wie jak np. zachowuje się samochód w poślizgu. Dobrze, bo są ostrożni. Otóż nie. Prędzej czy później taka sytuacja może się zdarzyć. I co wtedy. Zazwyczaj kończy się to fatalnie, a przynajmniej gorzej niż wtedy gdyby kierowca wiedział (praktycznie) jak samochód się w tego typu sytuacjach zachowuje. Wystarczy żeby chociaż raz to przeżył. Jeżeli zdarzy się to w normalnym ruchu, konsekwencje mogą być poważne, ale jeżeli przeżyje to w warunkach kontrolowanych, nic groźnego się nie wydarzy. Zdobyte w ten sposób doświadczenie jest bezcenne. Kilka godzin lub nawet godzina takiej jazdy w poślizgu, hamowania awaryjnego z ominięciem przeszkody na mokrej nawierzchni itp. wydarzeń, po pierwsze; uzmysłowi kursantowi jak tego typu sytuacje wyglądają w praktyce i jak są niebezpieczne, po drugie; pokaże czy jest w stanie zapanować, nauczyć się panowania nad pojazdem w takiej sytuacji, aż w końcu po trzecie; pomoże w podjęciu decyzji czy chce być kierowcą. Bo jeżeli to go wystraszy, poziom trudności okaże się za wysoki, to powinien się zastanowić czy może narażać siebie i innych. Poza tym na pewno tego typu przeżycia wpłyną w przyszłości na bardzie racjonalne zachowania na drodze, a szczególnie na zmniejszanie prędkości w sytuacji, gdy może dojść do poślizgu - bo już będzie  wiedział jakie to jest niebezpieczne.
      Dzisiaj tego typu nauka jest traktowana jak hobby, ciekawostka lub dodatkowe szkolenia dla rajdowców. „Przecież mnie taka sytuacja nie grozi, bo jeżdżę wolno, zgodnie z przepisami”. Nic bardziej błędnego! Przy 40 km/h można wpaść w poślizg i koziołkować lub wjechać na chodnik. A gdyby chociaż trochę się nauczyć panowania nad samochodem w poślizgu. Może byłyby mniejsze kosekwencje?

      Podsumowując  - przestańmy oszukiwać samych siebie. Człowiek, który otrzymuje pozwolenie na prowadzenie pojazdu mechanicznego po drogach publicznych, musi być odpowiednio sprawdzony i dobrze wyszkolony. Wyszkolony zarówno z wiedzy teoretycznej, z umiejętności praktycznych i z zasad bezpiecznego poruszania się po drogach. Proszę zwrócić uwagę, że nigdzie nie wspominam o czasie trwania takiego kursu. Jest to całkowicie kwestia indywidualna. Wspomniałem o ograniczonej ilości niezaliczonych egzaminów, ale ilość godzin kursu jest całkowicie dowolna. Dotąd powinniśmy się uczyć np. pierwszego etapu szkolenia praktycznej jazdy, dokąd naprawdę samochód będzie się nas słuchał. Dotąd mamy jeździć z instruktorem po mieście, dokąd taka jazda nie będzie nas stresowała, będzie płynna i pewna. 10 godzin, 20, a może 40? Nie ważne. Tyle ile potrzeba. Wtedy egzamin nie będzie wielkim przeżyciem i ci którzy do niego dotrą, będą go przechodzić z marszu. Szczególnie teraz, gdy o szwindle jest trudniej ze względu na kamery w samochodzie.
      Nie przeliczajmy wszystkiego na pieniądze. Poświęcajmy więcej uwagi i czasu na szkolenie, nie wydawajmy praw jazdy każdemu chętnemu i jednocześnie nie prześladujmy bezwypadkowych, dobrych kierowców tylko za to, że przekraczają, administracyjnie ustaloną, dopuszczalną prędkość.

      I ostatni element mający znaczenie dla bezpieczeństwa na drogach - same drogi. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie jest to problem najważniejszy. Wszędzie, w każdych warunkach trzeba dbać o swoje bezpieczeństwo. Dobrze wyszkolony kierowca potrafi bezpiecznie jeździć po każdych drogach w każdych warunkach. Ale bezspornym jest również fakt, że im drogi lepsze, tym łatwiej się po nich chodzi i jeździ w związku z tym sytuacji niebezpiecznych (wypadków) jest na nich zdecydowanie mniej.
      Bardzo często media nagłaśniają sytuację, gdy w jakimś niebezpiecznym miejscu wprowadzono ograniczenie prędkości i od razu spadła ilość wypadków. Ale często pomijają fakt, że gdy w innym niebezpiecznym miejscu wybudowano chodniki, poszerzono jezdnię lub wybudowano obwodnicę ilość wypadków również spadła (i to bardziej).
      Najczęstsza przyczyna wypadków na drogach międzymiastowych/krajowych, to źle wykonany manewr wyprzedzania. Na naszych wąskich, krętych i zatłoczonych drogach, czasami bezpieczne wykonanie tego manewru graniczy z cudem, a przynajmniej wymaga ponad przeciętnych umiejętności. Dlatego jak najwięcej powinno być autostrad, tras szybkiego ruch, obwodnic miast czyli dróg czteropasmowych oraz dróg z poboczami. Odpowiedni poziom infrastruktury drogowej poprawia bezpieczeństwo z kilku powodów.
      Po pierwsze - spokój. Jeżeli mamy do przejechania 1000 km z czego po autostradzie 900, a reszta po drogach lokalnych, to czas przejazdu będzie na tyle krótki, że te 100 km możemy przejechać spokojnie, bez pośpiechu. Tak to działa w krajach ościennych np. w Niemczech. Większą cześć drogi przejeżdżamy szybko i bezpiecznie po autostradzie, a końcówkę spokojnie i uważnie na drodze węższej, na której z resztą jest mały ruch ponieważ większość samochodów szczególnie ciężarowych porusza się autostradami.
      Po drugie - prostota. Możemy spokojnie, jednostajnie, bez skrzyżowań, bez przejść dla pieszych i innych niebezpieczeństw, jechać setki kilometrów. Możemy prędkość dostosować do swoich umiejętności, warunków panujących na drodze i do odległości jaką mamy pokonać. Manewr wyprzedzania rzadko kiedy sprawia problem. Tylko trzeba uważać żeby ten „luz” zbytnio nie rozproszył naszej uwagi lub nie spowodował zaśnięcia za kierownicą z monotonii jazdy.
      Po trzecie - selekcja. Im większy ruch odbywa się po autostradach, ekspresówkach i na obwodnicach, tym mniejszy, czyli bezpieczniejszy jest na drogach lokalnych. Już przez miasteczko nie „przeleci” pędzący pirat, czy wielka ciężarówka, bo będą mogli pojechać autostradą. Już słyszę jak jęknęły budżety samorządów.
      Znaczenia powyższego, nie należy przeceniać, ale nie można i niedoceniać. Nie można powiedzieć, że lepszy stan naszych dróg diametralnie polepszy nasze bezpieczeństwo, ale jeżeli ktoś będzie twierdził, że nie ma to znaczenia, to delikatnie mówiąc, mija się z prawdą.

      EPILOG - NIE CZYTAĆ PRZED PRZECZYTANIEM CAŁEGO TEKSTU POWYŻEJ!

      W końcu teraz mogę napisać, to co chciałem na samym początku. Gdybym to od zrobił razu, to okrzyknięto by mnie anarchistą lub co najmniej ekstremistą bez względu na to co później napisałem. Mam nadzieję, że teraz nie zabrzmi to tak szokująco.

      JESTEM ZA ZNIESIENIEM OGRANICZENIA PRĘDKOŚCI JAKO ZNAKU ZAKAZU.
      NIE MA ZAWSZE SŁUSZNEGO OGRANICZENIA PRĘDKOŚCI W DANYM MIEJSCU LUB NA DANYM OBSZARZE , O KAŻDEJ PORZE DNIA I NOCY BEZ WZGLĘDU NA WSZELKIE OKOLICZNOŚCI.

      Dlaczego koło szkoły położonej w małej miejscowości przy prostym odcinku drogi z dobrą widocznością, o 2 w nocy nie mogę przejechać 80 km/h? Komu to przeszkadza? Zero ruchu, spokój, cisza. Tylko co najwyżej patrol policji z radarem. To jest jedyne niebezpieczeństwo. W dzień ich nie będzie. Bo z resztą po co? Jadąc w tym samym miejscu w dzień powszedni po południu, kiedy zarówno na jezdni, jak na chodnikach jest zwiększony ruch, będę jechał znacznie wolniej bo inaczej nie można. I tak postępuje większości kierowców. No, ale wpływy z mandatów - będzie ich mniej. Co zrobić, żeby poprawić budżet - ups! przepraszam - bezpieczeństwo? Zakaz do 40 km/h i fotoradar. Bezpieczeństwo (czytaj efektywność) wzrasta, bo władza pracuje 24 godz. na dobę, a przy tym poziomie prędkości i w dzień trafi się jakiś podatnik.
      Działając w ten sposób, różne samorządy deprecjonują prawo. Doprowadzono już do takiej paranoi, że totalnie i powszechnie ograniczenia prędkości są nieprzestrzegane, a co gorsza niezauważane.
      Poobserwujcie kiedyś jakąś szeroką ulicę w mieście, gdy ruch na niej nie jest zbyt intensywny (poza godzinami szczytu) i bez widocznego radaru. Już na oko będzie widać, że 90% samochodów jedzie więcej niż 50 km/h. Czy to oznacza, że wszyscy oni są nieodpowiedzialnymi, szalonymi piratami drogowymi? Czy trzeba ich wszystkich ukarać mandatami? Po co? Żeby za chwilę znów tak jechali?
      Zrobiłem kiedyś eksperyment. Mieszkam w Warszawie i wracałem samochodem osobowym z Pragi (okolice Stadionu Narodowego) na Ursynów. Wałem Międzeszyńskim, trasą i mostem Siekierkowskim, Sikorskiego, do Rosoła prawie pod Las Kabacki, około 17 km. Dla nieznających Warszawy; są to ulice cały czas z 2-3 pasami ruchu w jedną stronę. Niedziela, wczesne popołudnie, słoneczna pogoda, ruch umiarkowany jak na Warszawę. Postanowiłem, trochę zmuszony delikatnym ładunkiem, a trochę z ciekawości, pojechać zgodnie z obowiązującymi na całej trasie ograniczeniami prędkości. Ani wolniej (jeżeli będzie można), ani szybciej. Dozwolone prędkości na całej trasie, to … od 50 do nawet :) 80 km/h (na trasie siekierkowskiej). Czy wiecie, że czułem się jakbym stał w miejscu. Czułem się o wiele bardziej niebezpiecznie, niż gdybym jechał tak jak wszyscy. W brew pozorom to nie byli młodzi rajdowcy. Po prostu normalni kierowcy, którzy jechali spokojnie i bezpiecznie. Nie widziałem żadnych niebezpiecznych sytuacji czy manewrów. Po prostu czułem się dziwnie. Żeby nie wyszło na to, że chcę zaszpanować jaki to jestem kozak. Jeżdżę tą samą trasą czasami dużo wolniej i nikt mnie nie wyprzedza … bo zazwyczaj jest to podczas korków, ulewnych deszczy, mgły lub zimą podczas śnieżycy. I co ciekawe, w tym samym miejscu na całej trasie stoją te same znaki, które tym razem pozwalają mi jechać szybciej - zgodnie przepisami.
      Zacząłem się wtedy zastanawiać, kto i po co ustala te ograniczenia? Nie da rady wyciągnąć innego wniosku - dla mandatów. Nie odbieraliście kiedyś mandatu od policjanta, który zgodnie z literą prawa zatrzymał was za przekroczenia prędkości na 40-ce o 50% i na nasze narzekania, ukrywając uśmiech mówił, że to nie on ustawił ten znak. On tylko egzekwuje prawo i wystawia mandat. W bardzo wielu takich bzdurnych przypadkach, sami policjanci nieoficjalnie (gdy nie ma kamery TVNTurbo), uśmiechają się i mają minę w stylu „mamy cię, trafiony zatopiony”. To już jest odwieczna zabawa w kotka i myszkę, traktowana z przymrużeniem oka - w większości przypadków. Bo te nieliczne, ekstremalne przypadki rzeczywistych wariatów/piratów lub po prostu niedoszkolonych kierowców, traktowane są poważnie i odpowiednio nagłaśniane. Niestety, później tylko one stanowią podstawę do zwiększania ograniczeń prędkości i dalszych prześladowań wszystkich bez wyjątku. Jakby to coś kiedyś dało.

      Jeżeli nie prędkość, to skąd biorą się te wypadki?
      Jeżeli chodzi tylko o kierowców, to moim zdaniem najczęstszą przyczyną oprócz brawury, głupoty i niedoszkolenia czyli przyczyn, które możemy wyeliminować na etapie przyznawania prawa jazdy, jest brak odpowiedniej koncentracji podczas prowadzenia pojazdu. Bardzo wielu kierowców traktuje samochód jak biuro. Włącza się do ruch i zaczyna … nastawiać radio, rozmawiać przez telefon, sprawdzać terminarz spotkań, pisać SMS-a … Nie wspomnę o legendarnych już malowaniach oczu, goleniach lub nawet czytaniu gazet. Zupełnie inaczej wygląda droga hamowania, czy po prostu reakcja na nieprzewidzianą sytuacje, gdy kierowca jedzie skoncentrowany, obserwując jezdnię i pobocza, a zupełnie inaczej, gdy właśnie odbierał telefon lub patrzył się na pasażera obok, prowadząc z nim zażartą dyskusję. Widząc wypadek czasami zastanawiamy się jak do niego mogło dojść? Dzień, dobra widoczność, dobra droga, działające światła … a „dzwon” jakby jeden z kierowców był ślepy. Nie był ślepy, nie był niedoszkolony. Był po prostu zagadany, zdekoncentrowany, myślał o czymś ważnym, ale nie była to jazda samochodem. I czy ma znaczenie, że jechał 80 km/h, czy 50. Ma tylko dla skutków wypadku, ale przyczyną nie była prędkość tylko dekoncentracja, nieuwaga.
      Uderzcie się w pierś i sami przed sobą przyznajcie się ile razy tak postąpiliście. Ile razy zmieniliście pas ruchu nie patrząc w lusterko, ile razy przejechaliście kilka kilometrów i tego nie pamiętacie, ile razy … Jeżeli możecie to zrobić, to i tak jest nieźle bo żyjecie. A ilu już tego  błędu nie popełni, a co najgorsze ilu już tego błędu nie naprawi?
      Jeżeli chcecie trochę kontrowersji, to proszę. Uważam, że większe znaczenie dla poprawy bezpieczeństwa na drogach, niż ograniczanie prędkości, miałby bezwzględny zakaz rozmowy przez telefon. Rozmowa taka jest niebezpieczna nie dlatego, że utrudnia manualnie prowadzenie samochodu, tylko dlatego, że czasami bardzo rozprasza uwagę kierowcy. Gdyby kiedyś trafił się wam kierowca jadący wężykiem, hamujący bez przyczyny, jadący nierówno - szybko, wolno, skręcający w ostatniej chwili czasami bez kierunkowskazu, zachowujący się nieprzewidywalnie … to nie musi być pijany. W większości przypadków będzie, to kierowca rozmawiający przez telefon.
      Za takie zachowania policja powinna ścigać. To by była prewencja - zwracanie uwagi kierującemu, że źle zachowuje się podczas prowadzenia samochodu, że źle wykonuje niebezpieczne manewry. Karanie za takie wykroczenia ma sens, bo uczy. Czego może nauczyć mandat, za jechanie 60-tką na prostej drodze?
      Oczywiście żartuję z tym wprowadzeniem ogólnego zakazu rozmowy przez telefon. Nie zawsze rozmawia się na ważne tematy, nie każdy ma taką samą podzielność uwagi, a niektórzy mają samochody z automatyczną skrzynią biegów. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem powszechnego wprowadzania zakazów na wszystko co się da. Zawsze wtedy cierpią głównie ci, których te zakazy nie dotyczą - uważni, odpowiedzialni, uczciwi. Padają ofiarą odpowiedzialności zbiorowej. W sytuacjach dyskusyjnych, dwuznacznych, niejednomyślnych jestem za uczeniem, uświadamianiem, propagowaniem, uprzedzaniem i … rozliczaniem. Jeżeli rozmawiałeś przez telefon i doprowadziłeś do wypadku, wtedy ponosisz odpowiedzialność i to dużo bardziej surową niż teraz za samą rozmowę. Posunął bym się nawet do czasowego zabierania prawka, a w sytuacjach recydywy, dożywotniego pozbawienie prawa jazdy.

      WOLNOŚĆ - ODPOWIEDZIALNOŚĆ - KONSEKWENCJA, oto moje motto.

      Ograniczenie prędkości powinno pozostać, ale jako znak informacyjny. Pod każdym takim znakiem powinien być umieszczony dodatkowy znak informujący, dlaczego takie ograniczenie jest proponowane; niebezpieczny zakręt, przejście dla pieszych, szkoła, obszar zabudowany bez poboczy i chodników, roboty drogowe …
      Spowodowałeś wypadek nie dostosowując się do proponowanej prędkości - nie masz prawa jazdy na ... 3 m-ce. Jest to twój 2 tego typu wypadek w tym roku? Zatrzymujemy prawko na 1 rok. Znowu masz wypadek - prawo jazdy odebrane dożywotnio. Teraz może dochodzić do absurdów. Nie miałeś nigdy wypadku, ale jesteś napiętnowany przez prawo, bo masz za dużo mandatów za przekraczanie prędkości. A sąsiad, który ma pobijany samochód, od kilku lat nie ma zniżek na AC, ale jeździ 40 km/h. może dalej to robić, bo nie łapią go radary. Kto jest bardziej niebezpieczny.

      Propagujmy i ustanawiajmy przepisy wprowadzające naprawdę bezpieczne zachowania na drogach. Nie zawracajmy „kijem Wisły”. Wszyscy dbajmy i myślmy przede wszystkim o swoim bezpieczeństwie, a nie o swoich ambicjach, dumie i przywilejach.
      Wypuszczajmy na drogi naprawdę wyszkolonych  kierowców. Nie traktujmy prawa jazdy jak dowodu osobistego. Nie deprecjonujmy prawa, ale konsekwentnie egzekwujmy skutki nieprzestrzegania rozsądnych przepisów. Eliminujmy z ruchu drogowego kierowców (wszystkich pojazdów), którzy są niebezpieczni, ale zostawmy w spokoju innych. Surowo rozliczajmy za sprawców wypadków, ale ustalając rzeczywistego jego przyczyny.

      Jeżeli nie weźmiemy się na poważnie za naprawę bezpieczeństwa na drogach, chociażby tak jak powyżej zasugerowałem, to dalej będziemy prowadzić tą odwieczną zabawę w policjantów i złodziei, będziemy się uśmiechać dwuznacznie lub z politowaniem, jedni będą dręczyć drugich, a niepotrzebne ofiary wypadków będą płacić za tę obłudę, najwyższą cenę.

      Oceńcie to wszystko chłodnym okiem. Krytykujcie, ale konstruktywnie. Może w wielu kwestiach się mylę, plotę głupoty. Jeżeli tak, to zaproponujcie coś innego, ale pragmatycznego, a nie w kółko zaklęcia, zakazy, zakłamanie. Nie powołujcie się bezmyślnie na innych; bo w … to wprowadzają 30 km/h, a w … to rowerzyści mogą jeździć pod prąd, a w … itd., itd. Na takie „argumenty” mam kontrargumenty na podobnym poziomie; a w Anglii jeżdżą po lewej stronie, a w Azji jedzą psy … mamy brać z nich przykład? Nie wszystko da się przenieść na inny grunt. Inne uwarunkowania, inna infrastruktura, inne zwyczaje, klimat … długo tak można. Zróbmy coś u siebie, a może to właśnie będzie przykład dla innych? Może wtedy inni będa się powoływać na nasze rozwiązania. Niemcy nic sobie nie robią z innych i nie wprowadzają ograniczeń prędkości na swoich autostardach. Można żyć bez ograniczenia prędkości?

      P.S.

      Zauważyliście, że w ogóle nie wspomniałem o pijanych. W tym temacie jestem ekstremistą. Tak, jak 5 przykazanie, czy samosąd, tak zakaz prowadzenia po spożyciu alkoholu, moim zdaniem, nie podlega dyskusji. Za prowadzenie po pijanemu powinno być zabierane prawo jazdy bez możliwości odwołania. Za prowadzenie bez prawa jazdy zabranego za jazdę po pijanemu, powinna być orzekana grzywna w wysokości wartości samochodu, którym jechał nieuprawniony kierowca. Tym samym samochód, którym jechał powinno się zatrzymywać na poczet zabezpieczenia tej grzywny - i tak za każdym razem. Żadne więzienia, pieniądze o wiele bardziej skutecznie uczą. Ekstremalne - być może, ale jak było by skuteczne. Ilu uratowało by życie.

      Powodzenia, bezpiecznej drogi

      Rafal.1111

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bezpieczeństwo na drogach, a ograniczenia prędkości (2)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rafal.1111
      Czas publikacji:
      piątek, 17 sierpnia 2012 18:16